Inspirow@nka

Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy
/Éric-Emmanuel Schmitt/

TERAZ A KIEDYŚ czyli progres w planowaniu

Chociaż planujemy dla siebie, lubimy chyba również dzielić się zdjęciami planerów z innymi, czy to na Instagramie, czy na grupach na Facebooku. Czy to dobrze? To zależy… Dlaczego? Możemy bowiem stać się dzięki temu inspiracją dla innych, ale też – źródłem frustracji dla niektórych. Nie wszyscy bowiem uświadamiają sobie, że to, co akurat pokazujemy, to nierzadko efekt kilku lat nauki, próbowania, testowania… Nie zawsze początki były tak kolorowe, jak to oglądamy na wystylizowanych zdjęciach. I dziś będzie waśnie o tym, ponieważ wezmę pod lupę swój stan TERAZ A KIEDYŚ czyli progres w planowaniu.

TERAZ A KIEDYŚ czyli progres w planowaniu

Gdy zaczynałam prowadzić swój pierwszy bullet journal – a było to w kwietniu 2017 roku, oglądałam mnóstwo inspiracji na Pintereście. Prawie wszystko mnie zachwycało, prawie wszystko chciałam mieć u siebie… W końcu – porzuciłam terminarz, w którym ewidentnie nie mieściłam się ze swoimi planami… i zaczęłam! Początki wcale nie były różowe, o nie…

Jak było KIEDYŚ?

Wypada chyba zacząć bardzo górnolotnym stwierdzeniem, że… na początku był chaos 🙂 Kopiowałam bowiem bezmyślnie to, co mnie zachwyciło u innych, nie zastanawiając się, czy u mnie się sprawdzi. Nie jestem oczywiście przeciwniczką inspirowania się – nawet mocno do tego namawiam, ale – inspirować trzeba się z głową, czyli brać od innych tylko to, czego faktycznie potrzebujemy, a następnie – dopasować do własnych preferencji i kontekstu. I oczywiście liczyć się z tym, że to nie jest stan na wieczność. Przed nami bowiem ciągłe zachwyty i inspiracje nowościami, a co za tym idzie – ciągła zmiana i dopasowywanie. Ale to właśnie jest piękne w prowadzeniu bujo 🙂

Na samym początku prowadzenia bullet journala myślałam – bo oczywiście naoglądałam się tego wszędzie – że w planerze obowiązkowe są listy. Skutkiem tego zmarnowałam mnóstwo czasu na robienie list, a po dwóch miesiącach zaczęłam nowy zeszyt. I co wtedy? Mam teraz tracić czas na przepisywanie tych kilku – kilkunastu stron list? Zupełny bezsens…

Dopiero później zrozumiałam, że to nie jest obowiązek. Jeśli ktoś ma jeden planer przez cały rok i czyta w tym czasie 20 książek, to może sobie taką listę na początku zeszytu zrobić. W moim przypadku, czyli wykorzystywaniu planera zaledwie przez trzy – cztery miesiące (i w sytuacji, kiedy te 20 książek czytam w miesiąc lub maksymalnie dwa), to jest to kompletnie bez sensu. Ale do tego wszystkiego trzeba po prostu samemu dojść.

Dawniej miałam też związaną z tym inną, dziwną przypadłość. Myślałam mianowicie (nie wiem, skąd mi się to wzięło!), że czerpiąc nowe inspiracje, muszę czekać do nowego roku – miesiąca – tygodnia, aby je wdrożyć, czyli zastosować w bujo. Frustrowałam się oraz męczyłam przy czymś starym, co mi się nie sprawdzało. Później dopiero nauczyłam się, że gdy spodoba mi się jakaś rozpiska, albo chcę przetestować nowy plan dnia, to po prostu zaczynam od dnia kolejnego. Zaklejam to, co tam było i robię od nowa. I co? I nic się nie dzieje.

Jak jest TERAZ?

Przede wszystkim nie przejmuję się opiniami innych. Gdy prezentuję swój planer na różnych grupach, to często słyszę, że napaćkany, że przeładowany naklejkami, że jak można w ten sposób planować…. I co? I kiedyś oczywiście bardzo się przejmowałam, a teraz – ignoruję. W bardziej drastycznych przypadkach (totalnej biernej agresji) blokuję taką osobę. Może i mój planer jest naćkany i przeładowany, ale… działa! Dla mnie działa, takie planowanie sprawia mi radość, więc będę tak robiła. A gdy przyjdzie mi ochota na minimalizm – zacznę robić minimalistycznie. Gdy przyjdzie mi ochota na kalendarz – będę planowała w kalendarzu. I nikomu nic do tego! Dlaczego? Bo to mój planer i ma działać dla mnie. Nikogo nie zmuszam do planowania w identyczny sposób. Oczywiście, jeśli komuś się to podoba, może się zainspirować, jeśli nie – niech robi po swojemu.

Co dalej?

W tym momencie traktuję planowanie w bujo zarówno jako pomoc w ogarnianiu wielu spraw i zadań, ale też – jako ogromną przyjemność. Po prostu rezerwuję sobie raz w tygodniu czas na planowanie tygodnia (lub miesiąca) kolejnego i czekam na niego z wielką radością. Słucham sobie przy okazji jakiegoś fajnego kryminalnego podcastu, naklejam całe fury naklejek i po prostu dobrze się bawię. I w tym okresie swojego życia uważam to za stan idealny – połączenie funkcjonalności i zabawy 🙂

Mam nadzieję, że to zaprezentowane porównanie będzie motywacją dla osób, które nie zaczynają planować z powodu kompleksów wywołanych oglądaniem instagramowych cudeniek. Pamiętajcie, że one są właśnie instagramowe. Czy na pewno służą swoim właścicielom tak, jak powinny? Czy są tylko ładne? A może robione są na pokaz i dla lajków? Tego nie dowie się nikt. A najbardziej prawdopodobne jest, że oglądacie po prostu posty osób, które od długiego czasu wymiatają w tym temacie. Za nimi lata prób, błędów i testowania wielu rzeczy – ale tego prawdopodobnie na ich wymuskanych kontach nie zobaczycie!

A dla niedowiarków, mam małą poradę, jak się o tym przekonać. Zacznij planować w bujo. Od samego początku rób systematycznie i cyklicznie zdjęcia swojego planera. Nie w celu pokazania innym, ale po prostu dla siebie. Po roku wróć do pierwszych zdjęć. Dopiero wtedy będziesz w stanie zobaczyć, jaki progres dokonał się w twoim prowadzenie planera. Dlatego nie czekaj, działaj!

6 komentarzy do wpisu „TERAZ A KIEDYŚ czyli progres w planowaniu”

  1. O takich zmianach, jakie dokonujemy w swoim życiu można by mówić długo. Wystarczy jak spojrzę na swoje zdjęcia sprzed iluś tam lat i zachodzę w głowę dlaczego ta fryzura mi się wtedy podobała, jak ja mogłam nosić takie spodnie. O rany i ta bluzka w palmy była kiedyś moją ulubioną? (tu już chyba się rozpędziłam :)) Tak samo jest z prowadzeniem planera. Na ten czas podoba mi się taki styl i go stosuję. Za rok z pewnością będę wykorzystywać inne pomysły. A poza tym to chyba byłoby dziwne mieć cały czas taki sam gust, nie? Pozdrawiam 🙂

    Odpowiedz
    • A wiesz, że to nie zawsze tak działa – znam kobiety, które całe życie nosiły tę samą fryzurę i osoby, które mają tak sztywne zasady, że od nich nie dostąpią i tak samo się ubierają i robią róże rzeczy. Ale wiele osób faktycznie zmienia, bo wpływają na nas różne mody, podoba nam się coś innego… I myślę, że to jest fajniejsze 🙂

      Odpowiedz
  2. Bardzo dobrze napisane 🙂 Ja po dwóch tygodniach planowania już wiem co mi nie odpowiada u mnie i co się nie sprawdza. Po drugie nie odpowiada mi też format mojego bujo A5 no za mały dla mnie, ale nic to skończę i przeniosę się na PSC.
    Plusy: odznaczanie priorytetów i ich realizacja, góra 3 zadania na dzień, jak się czegoś nie uda to trudno przenoszę na inny termin. Jestem z tych osób, które niestety ale muszą zaplanować i to rozpisać bo inaczej biorę się za kilka rzeczy i wszystko koniec końców w rozsypce 😉

    Ja uwielbiam naklejki 🙂

    Odpowiedz
    • Oj tak, dla mnie też A5 jest zdecydowanie za mały 🙂 Uwielbiam naklejki i też wszystko (prawie) muszę mieć zaplanowane 🙂 Przynajmniej teraz tak jest 🙂

      Odpowiedz
  3. U mnie aż tak bardzo wiele się nie zmieniło. Na samym początku chciałam wszystko co było na insta czy na pintereście i grupie na fb. Po jakimś miesiącu miałam doć. Potem zmianą było to, że zrezygnowałam z tygodniówek, bo nie widziałam sensu przepisywania tam i spowrotem tego samego. Odechciało mi się rysowania i ozdobników robionych na siłę. Spróbowałam przez miesiąc oryginalnej wersji metody wg Rydera i to był strzał w dziesiątkę! Okazało się, że w moim wypadku minimalizm to jest to. Zaczęły królować dniówki. Potem spróbowałam jeszcze runnig week, bo jednak podgląd kilku dni do przodu czy zapisanie jakiś zadań na inny dzień okazało się po prostu potrzebne. Teraz będę zmieniać trochę wygląd kalendarza, ale że jestem leniwa to zrobiłam go w Wordzie i wydrukowałam na papierze samoprzylepnym. Kalendarz miesięczny i dniówki- nie potrzeba nic więcej. Ozdobników używam mało, czasem 1 naklejka na 2strony, Lubię za to wklejać np bilety z kina, pocztówki z wakacji z miejscami w których byliśmy itd. Na ten moment odpadły mi sprawy zawodowe, bo siedzę na L4 ciążowym, więc bliżej terminu pewnie będę się zastanawiać nad czymś co pomoże mi w ogarnianiu jeszcze kwestii związanych z dzieckiem.

    Odpowiedz
    • To jest właśnie najpiękniejsze w tej metodzie – można próbować wielu stylów czy sposobów, zmieniać, modyfikować i dopasowywać do aktualnej sytuacji 🙂 Ja kocham minimalizm… ale u innych, sama planuję „na bogato”, bo tak właśnie lubię :)Mam nadzieję, że bujo pomoże Ci ogarnąć wszystkie ważne sprawy po narodzeniu dziecka 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz