Inspirow@nka

Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy
/Éric-Emmanuel Schmitt/

Wiatraki w Lesznie

Wiatraki w Lesznie

Ostatnimi, obejrzanymi podczas naszej wrześniowej wędrówki po Wielkopolsce, były dwa wiatraki z Leszna.

Wiatraki w Lesznie

„Pięknie utrzymany, zabytkowy XVII-wieczny wiatrak-koźlak znajduje się w rękach prywatnych, stoi w Lesznie przy ul. Strumykowej. Jego imię pochodzi od właściciela Antoniego Prałata – młynarza. Wykonany jest z drewna dębowego i sosnowego, posiada cztery śmigła. Służył do mielenia ziarna na mąkę. Obok wiatraka Antoniego na tej samej ulicy znajduje się drugi wiatrak, jednak mniej znany i trochę zaniedbany.” [źródło]

Wiatraki w Lesznie

„Leszczyńskie wiatraki stanowiły przez kilka stuleci nieodłączny ele­ment krajobrazu. Z zespołu ota­czającego miasto w roku 1795 w liczbie 84 pozostały już tylko dwa obiekty.
Ocalałe wiatraki znajdują się w północ­nej części miasta przy ul. Strumykowej 3 i 1. Są własnością Antoniego Prałata, dziś 82-letniego młynarza oraz Czesława Owsianego, który nabył wiatrak od spad­kobierców młynarza Kazimierza Kasprzyckiego. […]

Wiatraki w Lesznie


Właściciel czynnego leszczyńskiego wiatraka — Antoni Prałat jest młyna­rzem w drugim pokoleniu, młynarzami są też jego brat i bratanek. Z uwagi na zabudowę miasta od roku 1957 wiatrak Antoniego Prałata oprócz napędu śmig­łowego posiada zainstalowany silnik ele­ktryczny o mocy 11 kv do napędu mecha­nizmu. Zboże mielone jest przez kamie­nie, które wykonane są z kwarcu, porfitu lub masy karborundowej. Kamień mlewczy („leżak”) dolny jest w wiatrakach nieruchomy. Kamień mlewczy górny („biegun”) umocowany jest na piono­wym obracającym wale („wrzecionie”) i posiada w środku otwór („oko”), przez które wsypuje się mlewo-ziarno, pomię­dzy płaszczyzny trące. Na powierzchni kamienia mlewnego wykute są wgłębie­nia, zwane bruzdami lub bruzkami, któ­rych zarasy i głębokości zależą od rodzaju ziarna i otrzymywanej mąki. Wiatrak Antoniego Prałata liczy ponad dwieście lat, a na obecne miejsce został przeniesio­ny przed około stu laty z okolic Góry. Wiatrak Czesława Owsianego czynny był do roku 1986, tj. do śmierci młynarza Kazimierza Kasprzyckiego, który objął go po Stanisławie Pajzercie w 1961 roku. Stanisław Pajzert władał swym wiatrakiem od 1921 roku przez lat czterdzieści, a ojciec jego również był młynarzem. Wiatrak Czesława Owsianego jest nieco starszy od wiatraka Antoniego Prałata. Poprzednim miejscem jego postoju było wzniesienie za rzeźnią, skąd został prze­niesiony na obecne miejsce przed około stu laty.

Wiatraki w Lesznie


Antoni Prałat liczy obecnie 82 lata, ale mimo tego nadal wiatrak i wszystko co z nim związane leży w sferze jego zaintere­sowań. Jest on żywą historią swego rze­mieślniczego zawodu. Zainteresowanie swoje dokumentuje albumem zdjęć ob­razujących remonty i przemiany na swo­im „koźlaku”, chętnie też dzieli się swoją wiedzą z ludźmi żądnymi wiedzy o tym ginącym zawodzie. A ma o czym mówić, bo oprócz wieloletniej pracy na wiat­rakach w Osiecznej i Lesznie, w latach okupacji pracował na młynie wodnym w okolicach Szczecinka na Pomorzu Za­chodnim.” [źródło: http://www.leszno.interbit.pl/wiatraki.htm]

Wiatraki w Lesznie

Wiatraki obejrzałam i sfotografowałam 13 września 2014 roku. 

Wiatraki w Lesznie

Ostatnie lata przyniosły szczęśliwe rozwiązanie dla jednego z wiatraków przy Strumykowej. Został on przeniesiony w miejsce, w którym jest bardziej wyeksponowany, a przy okazji – odrestaurowany przez mojego znajomego z Osiecznej, miłośnika wiatraków – Jarosława Jankowskiego.

Źródła informacji:


2 komentarze do wpisu „Wiatraki w Lesznie”

    • Oczywiście, że nie. Nasze podróże są zazwyczaj ogromnie intensywne, mamy czas na to, aby zatrzymać się jak najbliżej obiektu, cyknąć kilka zdjęć i jechać dalej… Tym bardziej w przypadku tamtej trasy, która odbyła się w ciągu jednego dnia, pokonaliśmy około 700 km, zatrzymaliśmy na godzinę na kawę u osoby oddającej nam maszynę oraz dotarliśmy do aż 14 wiatraków rozrzuconych po wioskach – a do niektórych z nich można było dotrzeć jedynie polną drogą w tempie 10 km/h… To i tak cud, że udało się to w ciągu jednego dnia.

Dodaj komentarz