Inspirow@nka

Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy
/Éric-Emmanuel Schmitt/

Czas dla siebie… [2]

Czas dla siebie… [2]

Czy wiecie, że w przypływie nagłego szaleństwa przeczytałam w ciągu dwóch dni aż trzy książki? No dobrze – odrobinę skłamałam – skończyłam czytać trzy książki… A przeczytałam jedną całą i po połowie dwóch tak naprawdę 😉 Wiem, że są pewnie wśród Was osoby, dla których to żaden wyczyn. Są i takie, które zapytają – ale jak to? Kiedy ona ma na to czas? No właśnie…

Mój patent na czytanie…

Fakt niezaprzeczalny jest taki, że przez ostatni miesiąc mam tego czasu nieco więcej – zmieniła się bowiem diametralnie moja sytuacja życiowa. Ale pomysł na czytanie, o którym chcę Wam napisać, stosuję od stycznia (i parę lat temu też z niego korzystałam), kiedy to tego czasu nie miałam jeszcze zbyt wiele. A odwieczny problem z książkami jest taki, że rosną te stosiki koło łóżka i ciągle przybywa sporo nowości. Ci wstrętni pisarze jakoś tak nie chcą przestać pisać. Zupełnie nie wiem, dlaczego…

Co zatem zrobiłam w styczniu? Postanowiłam wprowadzić sobie specyficzny system czytania książek. U mnie się sprawdzał do tego stopnia, że w ciągu miesiąca udawało mi się przeczytać średnio 9 pozycji. Czy to dużo? To już musicie ocenić indywidualnie. A jak to zrobiłam? Nie zawsze mam ochotę czytać to, co akurat mam w rękach. Wtedy odkładam, ale… w poczuciu dziwnego przekonania, że przecież powinnam skończyć to, co zaczęłam – nie sięgam po nic innego. I tak mijają dni bez przeczytania nawet jednej strony. Trochę głupio. Pracuję zatem nad przekonaniem o tym kończeniu książki. No bo w końcu – czy ktoś mnie zmusza? Przecież to ja ustalam zasady!

Nowy rok – nowe zasady!

No i styczeń rozpoczął się nowymi zasadami. Wybrałam sobie kilka książek według dość znaczącego dla mnie kodu. Znalazły się wśród nich: nowość (czyli pozycja kupiona w przeciągu ostatnich 6-12 miesięcy), książka z biblioteki, staroć (coś, co czytałam 20, a nawet 30 lat temu i chcę sobie przypomnieć), książka rozwojowa, lektura (teraz ta pozycja wypadła, nie muszę już czytać lektur – przynajmniej na razie) oraz – po raz kolejny – opowiadania Pilipiuka. Wszystko to dało dość pokaźny stosik około 5-6 pozycji. Następnie wprowadziłam zasadę – czytam w każdej z książek po ok. 10 stron (lub jedno opowiadanie). Jeśli w ciągu dnia zdążę tylko jedną – niech będzie jedna. Jeśli pięć – to pięć. Ten system pozwolił mi się nie znudzić czytaną książką. A dodatkowo – widziałam przyrost, który mogłam sobie monitorować. Już od stycznia bowiem wprowadziłam sobie w bullet journalu zapisywanie tego, co w ciągu tygodnia czytam. Gdy w marcu zaczęłam myśleć nad własnymi wklejkami do bujo, które ułatwią mi planowanie, wymyśliłam też tabelkę do monitorowania czytanych książek.

Czas dla siebie...

Opisałam ją dość dokładnie w e-booku dotyczącym planowania tygodnia oraz zaprezentowałam na filmie, w którym pokazuję, jak planuję swój tydzień za pomocą szablonów. Tabelkę można oczywiście wykorzystywać do monitorowania dowolnych cyklicznych czynności (np. nauki poszczególnych przedmiotów każdego dnia, sprzątania pomieszczeń itp.), ja jednak monitoruję sobie w niej właśnie czytanie. Jak używam swojej tabelki? W linie po prawej wpisuję tytuły wpisanych książek, a po lewej – zaczerniam w danym dniu kwadracik po przeczytaniu fragmentu/rozdziału przeczytanej książki.

Czy ten system działa?

W zasadzie tak… do czasu oczywiście! Jakiego? Aż przychodzi taki dzień (lub taka książka!), kiedy to czytam do oporu, nie zwracając nawet uwagi na większość zadań, które mam na swojej liście. No, może oprócz tych najważniejszych, które staram się robić z samego rana. Czy to porażka systemu? Nie uważam tak. Nie zawsze przecież trafia w moje ręce książka, którą muszę przeczytać natychmiast. Przez większość dni udaje mi się trzymać ustalonych założeń, dzięki czemu mam czas na codzienne czytanie rozdziału/10 stron (lub ich wielokrotności), co daje mi w miesiącu tych 9 przeczytanych pozycji. Ale bywają wyjątkowe dni, wyjątkowe sytuacje i wyjątkowe książki. I to dobrze! Bo to udowadnia tylko jedno – że nie jesteśmy automatami. I że planowanie ma być dla nas pomocą, ale nie sztywnymi regułami. Pani Swojego Czasu powtarza: „Miej cele, ale nie wykuwaj ich w betonie”. A ja Wam powiem – planujcie, ale gdy trafi się pioruńska okazja – rzucajcie plany w kąt i cieszcie się! Książką, kwitnącymi drzewami, życiem! „Na żądanie raz można”, jak mawiał Lesio – bohater kultowego serialu „Daleko od szosy”.

A ponieważ raz można, to właśnie dlatego w ciągu minionych 12 godzin skończyłam czytanie aż trzech książek… A od jutra wracam posłusznie do swoich planów 😉 Pokażę Wam jeszcze tylko, co w tym miesiącu te kunsztownie budowane plany zburzyło. Tym razem (bo inne też bywały, owszem) były to kryminalno-sensacyjne książki Lisy Gardner – intrygujące, wciągające i zaskakujące. Mocno polecam!

Czas dla siebie...

A co oglądam w wolnym czasie?

Ciągle nie mogę się zmobilizować do systematycznego oglądania seriali. Częściej (i łatwiej) sięgam po filmy na YT – krótkie, ale też wartościowe. Co zatem szczerze polecam tym razem:

„Uwaga! Naukowy bełkot” – oglądam od sześciu lat z wielkim zaciekawieniem i dowiaduję się ciągle nowych rzeczy. Polecam – nie tylko miłośnikom nauk ścisłych 😉

„Polimaty” Radka Kotarskiego – moje wielkie odkrycie tego miesiąca! Tak wielkie, że planuję kupić w maju jego książkę „Włam się do mózgu”, chociaż czytałam zarówno dobre, jak i złe recenzje. Muszę jednak przyznać, że osobowość autora filmów może zauroczyć 😉

„Krzysztof Gonciarz” – z wielką ambiwalencją. Z jednej strony fascynuje mnie majstersztyk montażu filmów, ciekawią prezentowane tematy (chociaż nie wszystkie), a z drugiej – mierzi trochę taka dziwna maniera autora, jego zblazowanie, brak zachwytu nad światem, pomimo wielu możliwości jego odkrywania. Polecam, ale z dużą dozą krytycyzmu.

Największe kwietniowe zachwyty!

Kończy się kwiecień – najpiękniejszy miesiąc roku. Niestety, przyniósł on wiele chłodnych dni i nie pozwolił w pełni nacieszyć się kwitnącymi krzewami i drzewami. Owszem, udało mi się zatrzymać na zdjęciach trochę forsycji, magnolii, wiśni i jabłoni, ale jednak dużo mniej niż w latach ubiegłych… Chcę się jednak podzielić z Wami tym pięknem i swoim nad nim zachwytem! Kocham wiosnę!

Czas dla siebie...

Zapraszam! 🙂

No i oczywiście na koniec zapraszam! A jakże! Do zakupów w sklepie Bullet-Dragon, do polubienia profilu sklepu oraz Inspirow.anki na FB 🙂 Aaaa i przede wszystkim do zapisywania się na newsletter! Bo warto! Ciągle Wam tam podsyłam jakieś prezenty 😉

Czas dla siebie...

A na koniec jeszcze słów kilka o porzucaniu planów 😉 Miałam bowiem w planach napisanie o jeszcze wielu innych sprawach w tym poście, ale widzę, że znowu rozrasta się on niebotycznie, więc plany trzeba zmodyfikować 😉 I oczywiście pożegnam się jakimś kocim zdjęciem 🙂 🙂 🙂

Czas dla siebie...

Dodaj komentarz